19 sierpnia 2012

Zaległa relacja z kiermaszu Wi-Ma

Na samym wstępie przepraszam Was za ten koszmarny brak chronologii, ale tak to jest jak z rozpedu wrzucę zdjęcia gdzieś na sam "koniec komputera" i całkowicie o nich zapomnę. Wpadam na nie dopiero przy okazji porządków na dysku. Mogłabym zupełnie nie zawracać Wam głowy i zrezygnować z ich publikacji, ale po małej analizie doszłam do wniosku, że tak rzadko (albo i wcale na dobrą sprawę) publikuję zdjęcia, na których mnie widać, że tych nie odpuszczę. No cóż nie lubię obiektywu, nie lubię siebie na zdjęciach, ale dzisiaj postanowiłam zluzować.
A więc, oto ja i mój stragan (na spółę z mamą, która jest autorką wszystkiego co wydziergane szydełkiem).
Okazja nie byle jaka, bo zaproszono nas, czyli kilkoro łódzkich rękodzielników (tak, tak, panowie też byli) na imprezę plenerową kończącą Festiwal Kultury Miejskiej Miastograf 2012.
Było upalnie i bardzo sympatycznie. Czas upłynął nam głównie na pogaduszkach branżowych.
Cały piknik odbywał się w Widzewszkich Zakładach Przemysłu Bawełnianego WI-MA S.A., czyli dawnej fabryce Heinzla i Kunitzera. Szczegóły w linkach.
No wiecie, ta nieszczęsna Łódź i jej upadłe fabryki. Miałam okazję przespacerować się po dawnych halach produkcyjnych. Wszystko jest otwarte. Niby są tabliczki "wstęp wzbroniony", ale kto mógłby tego przypilnować skoro całego terenu pilnuje zazwyczaj jeden ochroniarz i tak spędzający cały dzień w swojej portierni przed telewizorem.
To jest dopiero kawał łódzkiej historii. Miałam wrażenie, że niemalże słyszę jeszcze huk pracujących maszyn w wielkich, pustych, zimnych halach. Ech, to już nie wróci, ale każdy kto miał okazję przejść się podczas pikniku po fabryce przyzna, że miasto powinno zagospodarować mądrze te budynki, które od lat świecą pustkami, poza nielicznymi (dokładnie dwiema) pracowniami artystycznymi i jedną galerią malarstwa osób niepełnosprawnych. To za mało, a potencjał ogromny. Na terenie fabryki jest także park, który z powodzeniem mógły służyć za miejsce wypoczynku dla Łodzian. Pozostaje tylko trzymać kciuki, za mądrzejsze decyzje łódzkich Zarządców (Wi-Ma jest obecnie w rękach prywatnych).
Ale wracając do kiermaszu, oczywiście największym zainteresowaniem cieszyły się maskotki. Mojej przyjaciółce Magdzie udało się nawet uwiecznić przesłodki moment, kiedy to mama i jej córunia wybierały zabawkę. Dziewczynka była przeurocza i pomimo sugestii mamy, by wybrała inną zabawkę, ona asertywnie sięgnęła po niepozornego słonia. To się nazywa mieć swój gust :)









Maminy królik także znalazł tego dnia nowego właściciela :)


Jezu, jak ja uwielbiam te kiermasze. Pomimo tego, że zazwyczaj wracam maksymalnie zmęczona, to jednocześnie ładuję się niesamowitą energią płynącą od ludzi, dającą siłę na dalsze działanie, w tej jakby nie patrzeć, niełatwej dziedzinie jaką jest tworzenie i sprzedawanie rzeczy ręcznie robionych, czyli rzeczy z duszą.

4 komentarze:

  1. Wspaniałe stoisko
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak,faktycznie stoisko wygląda bardzo zachęcająco!:)
    Dzięki za odwiedzinki i udział w moim Candy! Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też bardzo miło wspominam ten kiermasz, było rzeczywiście piknikowo:]

    OdpowiedzUsuń